Saturday, 31 March 2012

Juz czas...

      Byl czwartek. Obudzilam sie o 5:00 rano z bolem jak przy okresie. Tatko zaraz po mnie, szykowal sie do pracy... Chyba sie zaczelo...mowie... pewnie wieczorem pojedziemy do szpitala...
No cos ty, mamy przeciez jeszcze 3 tygodnie... odrzekl zdziwiony i ze stoickim spokojem wyszedl. Pomyslalam, ze skoro dzis ma byc ten wielki dzien to sie spac poloze, poki jeszcze tak nie boli i nabiore sil na wieczor ;o)
   Kolejna pobudka o 12:00, Tatko neka mnie telefonami, chyba jednak uwierzyl ;o) Lekkie skurcze co 10-15min, krotkie i wlasciwie bezbolesne. Zmierzylam obwod brzuszka, chyba tak ku pamieci i porownania z kolejnym. Maly byl jak na 37 tydzien, 104cm w pasie. W czasie ciazy martwilam sie, ze mam za malo wod, ale polozne mowily ze bedzie maly bobas i wszystko jest ok.
Przetrwalam tak do 15:00, az Tatko wrocil z pracy. Humory nam dopisuja i wlasciwie cala sytuacja jest jakas taka komiczna. No bo czy to juz? A skad mam wiedziec? W niedziele pielegniarka powiedziala, ze to juz bardzo niedlugo... Od kilku dni brzuch napinal sie na pare sekund z jednej strony, jakby ktos powietrze odkurzaczem wysysal i dokladnie widzialam jak polozone jest malenstwo.
   Zadzwon do Pipi... radzi Tatko... no to dzwonie, opisuje objawy... NO RACZEJ!!!Dzwon do szpitala. W Anglii trzeba sie najpierw zaanonsowac, zanim sie przyjedzie, a jedzie sie juz prawie na koncowke. Dzwonie, odpowiadam na pytania: Czy jest Pani w stanie rozmawiac z mezem? Tak. To jak juz Pani nie bedzie w stanie to prosze jeszcze zadzwonic zanim Pani bedzie chciala przyjechac... No ok mysle, najwazniejsze ze basen do rodzenia sobie zamowilam!!!! ;o)
   Gadam z sis przez gg, opisuje cala akcje, robiac krotkie przerwy... Poczekaj, poczekaj bo skurcz mnie chwycil............. OK juz przeszlo... gadamy dalej... Zrobila sie 17:00, skurcze coraz czestrze i zaczyna juz lupac w krzyzu :o/ Przypominaja mi sie techniki lagodzenia bolu ze szkoly rodzenia. Masuj!!! Nie tam!!! Nizej!!! Mocniej!!! zaczyna sie robic nieprzyjemnie w czasie skurczy, kucam przy sofie, chodze po mieszkaniu, biore prysznic. Przestan sie tak na mnie gapic!!!! krzycze ze zlosci... JEDZIEMY!!!! wyrokuje Tatko... Nie jestes juz w stanie ze mna rozmawiac!!! Nagle poczulam straszne dreszcze, trzese sie z zimna jak osika, pot na czole, szczekanie zebami. Wystraszona, ze cos zlego dzieje sie z moim malenstwej o 19:30 dzwonie do szpitala, ze juz jade! Babka zadaje kolejne pytania... nawet jej nie slucham... Bede za 20min! rozlaczam sie...
    Jak przez mgle widze Tatke prowadzacego z wielka rozwaga, powoli, ostroznie, a w glowie tylko jedno... Nosz qurna JEDZ CZLOWIEKU!!! W aucie dopadaja mnie dwa potezne skurcze, wije sie w fotelu, chwila przerwy, przerazony wzrok Tatki. Jestesmy o 20:00, sala z basenem juz czeka, przebieram sie, znow te dreszcze. Na zmiane mi zimno to znow goraco. Badaja mnie... 3cm rozwarcia... Wydaje z siebie jek zawodu... JUST 3 ?!?!?! w glowie pelno mysli *bede sie tak wila do rana* *no i dlaczego nie napelniaja tego cholernego basenu?* Polozna podlacza ktg. Slychac male serduszko :o) Szukam wygodnej pozycji, jedyne co pomaga to uwieszanie sie na ramieniu spanikowanego Tatki. Pozniej przesiadam sie na fotel, skurcze wykrecaja mi cialo, podobno jak przy egzorcyzmach (relacja Tatki) Dwie polozne siedza przy mnie i obserwuja z blogim spokojem... co chwile slysze: You're doing so well. Zamykam oczy, wylaczam sie, zeby przetrwac ta bolesna minute, zaczynam mruczec jakas mantre (zawsze tak mam gdy doswiadczam bolu) glosniej i glosniej! Podaj jej gaz!!! krzyknela jedna z poloznych. *Boze! gaz! czemu dopiero teraz?!?!?!* lapczywie sie zaciagam, glebokie wdechy, raz... drugi, mam oddychac wolniej... *Nosz qurna, ten gaz na mnie nie dziala* Jest jednak jedna zaleta. Zaczynam oddychac jak Vader, ale dzieki temu moge kontrolowac swoj oddech.
     Basen wreszcie napelniony, marze by zanurzyc sie w cieplej wodzie, z nadzieja ze to zlagodzi bol. Nic z tego... maszyna do ktg odmawia wspolpracy... polozna zapodaje jej pare kopniakow. Nie wiadomo czy to sprzet czy tetno dziecka faktycznie zanika. W tych okolicznosciach nie ma mowy o basenie! SHIT!!! Wolaja starsza polozna, ktora probuje zbadac tetno na glowce dziecka... 7cm rozwarcia... przebijaja mi wody. Czy chcesz przec? pyta polozna Nie, nic nie czuje! lekka panika... Przy nastepnym skurczu sprobuj przec. No to pre z calych sil, nie czuje, ze cos sie przeciska, wlasciwie to wciaz ten sam rodzaj bolu. Zamykam oczy, kontrolouje oddech, slysze Tatke: Oddychaj wolniej... nie sciskaj tak mocno!!! (uwiesilam sie na jego szyi) 
    Otwieram oczy, wokol mnie nachylaja sie glowy, w sumie 7 osob, rozgladam sie dookola. Z bokow lozka przystawili lampy, wjechal jakis stol rozkladany jak transformers! *Jezu co sie dzieje?!?!* Miedzy nogami pojawia sie doktor Lee: Martwimy sie o dziecko, uzyjemy "ventouse" No i uzyl, a ja w tym momencie wyrwalam tube Vadera i wydalam z siebie KRZYK!!! masakryczny krzyk! Doktor Lee ucisza: Marnujesz energie, przyj! potem Tatko obserwujac z pozycji bocznej: Lichu widac juz glowke, ma pelno wlosow! :o) *Co, jak to?* mysle *przeciez nie czulam, zeby cos sie przeciskalo!* Pant!Pant! pokrzykuje Dr Lee. Kaza przec ostatni raz, mam zamkniete oczy, podnosza mi koszule do gory... i poczulam cieplo... 
     Mala ciepla kluska lezy przytulona do mnie, patrzymy na siebie, ma otwarte oczka, lekko wykrzywia usta jakby w usmiechu... Patrze na Tatke, ma male lezki w kacikach oczu: Nie moge uwierzyc! mamy dziecko! wykrzykuje Tatko, smiejemy sie przez lzy, tak dlugo na niego czekalismy... oto narodzilo sie nowe zycie!
Dlugo przygladam sie tej malutkiej slodkiej buzce, jest cos co mnie zaniepokoilo, ale Tatko powiedzial: Co ty mowisz, on jest sliczny i taki malutki. Przeciez by nam sie to nie przytrafilo! Odganiam wiec zle mysli...
Niesamowite jak organizm, sie szybko regeneruje. Wskakuje wreszcie do tego basenu, rzeska, zadowolona, jakbym przez chwila nie wykonala tytaniej pracy... cud narodzin...

Tak bylo 24 marca rok temu. Dokladnie o 21:38 przyszedl na swiat malutki Obi. Wazyl zaledwie 2610g i mial 42cm. Usmiechal sie do nas od pierwszych chwil, jakby chcial powiedziec: Zobacz jaki jestem fajny, zabierz mnie do domu, jestem twoj!

A to moj usmiechniety 2 dniowy Obi :o)


Minal rok, teraz smieje sie glosniej i calym soba :o)



Sunday, 19 February 2012

Avocado w Caramelu

   Wczoraj Tatko polecial do Polandii w bardzo naglej zebowej sprawie :o/ a wiec dzis mija drugi dzien bycia weekend'owa Slomiana Wdowa. Postanowilam ten czas dobrze wykorzystac i nadrobic zaleglosci... rozne... Plan sie jednak troche rypnal bo wczorajszy dzien praktycznie przebablowany. Oprocz prac domowych i zakupow nie zrobilam nic dla siebie. Znow ten cholerny internet mnie tak wciagnal, ze czas minal niczym w hiperprzestrzeni. Wkurzona, opuszczona :o( i zmeczona udalam sie wiec na spoczynek, z mocnym postanowieniem spedzenia soboty bardziej dla siebie.
   
Od rana bylo wiec pranie, sprzatanie (spacer w deszczu sobie odpuscilam) Wszystko sprawnie poszlo i nawet maly Obi jadl dzisiaj bez marudzenia :o) Tatko ma mini wakacje, wiec i ja w ramach rekompensaty postanowilam sobie troche dogodzic. Nie mam zamiaru gotowac w ten weekend wielkich obiadow, bo raz: mi sie nie chce, bo dwa: mi sie nie oplaca. Bedzie szybko, prosto, a co najwazniejsze smacznie. Juz od dawna chodzila za mna salatka podejrzana u Magdy i pomyslalam, ze to wlasnie ten czas. Wczoraj poczynilam zakupy, a ze awokado bylo w paczce sztuk 4, jakos trzeba bylo ta reszte wykorzystac. Trafilam na ten przepis Sałatka z tuńczyka  na grzankach. Mialam ochote i na salatke i na cos cieplego. Specjalnie zakupilam pyszny chlebek z nasionami do tych grzanek. Skoro Tatko objada sie polskimi smakolykami to mi sie tez nalezy jak psu zupa! a co! Do drugiego przepisu dodatkowo dodalam szpinak, czesc zapieklam z mozzarella, reszte salatki pochlonelam. Wlasciwie to tylko polowe bo bylo za syte, ale smakowalo rewelacyjnie :P Rano sprawdze czy tunczyk to dobra opcja na sniadanie...
  W planach bylo robienie zdjec sobie i Obiemu, ale swiatlo marne przy takiej pogodzie, wiec odpuscilam. Pogadalam na skype , a Obi pomachal dziadkom, ciociom i Tacie, ktory teraz zapewne szweda sie gdzies po miescie, wsrod tlumu karnawalowych imprezowiczow :o/ ehhh szkoda, ze nie polecielismy i my...

Tak jak zaplanowalam dzis byl wieczor filmowy w arabskich klimatach.Po raz kolejny... przestalam liczyc ;o)  obejrzalam Caramel. Ubostwiam ten film bezgranicznie i pewnie gdyby jutro lecial w tv to tez bym go obejrzala. Uwielbiam sluchac te arabskie dialogi, klotnie, muzyke, pojedyncze slowa, ktore rozumiem... mauli... halas... jalla... jani... szu heda... (pisownia ze sluchu) Wszystko to przypomina mi o naszym miesiecznym pobycie w Syrii, o wspanialych ludziach, goscinnosci, atmosferze, poczuciu, ze czas zatrzymal sie w miejscu. Tam nikt sie nie spieszy, pojecie czas to rzecz abstrakcyjna, wszystko ma swoj wlasny spowolniony rytm,  mozna sie ot tak zwyczanie cieszyc zyciem...piekne... moze kiedys o tym napisze...
Jutro idziemy na urodziny roczniaka Olafiego, wiec Obi bedzie uskutecznial froterowanie podlogi stylem na gasienice po duzej przestrzeni.  Fajnie sie patrzy jak te maluchy gadaja i sie na swoj sposob probuja komunikowac. Czas szybko leci... za 5 tygodni maly Obi bedzie swietowal Roczek, a ja nie wiem kiedy to zlecialo... 

p.s. Jesli ktos jeszcze nie widzial filmu to polecam obejrzec trailer... 



Tuesday, 14 February 2012

Poza cisza...

...żadna wielka miłość nie umiera do końca. Możemy do niej strzelać z pistoletu lub zamykać w najciemniejszych zakamarkach naszych serc, ale ona jest sprytniejsza - wie, jak przeżyć. Potrafi znaleźć sobie drogę do wolności i zaskoczyć nas, pojawiając się, kiedy jesteśmy już cholernie pewni, że umarła, albo, że przynajmniej leży bezpiecznie schowana pod stertami innych spraw... 
                                                                          
                                                                                                                        Jonathan Carroll "Poza ciszą"

Taka wlasnie jest nasza milosc... czasem gubimy sie przytloczeni zwyklymi sprawami... czasem zapominamy powiedziec co czujemy... czasem myslimy, ze ta druga polowa wie i juz nie trzeba nic mowic, bo to takie oczywiste... czasem jednak slowa sa wazne i czasem trzeba je wypowiedziec... napisac...  a wszystko po to, zeby sie znow odnalezc... bo taka milosc jak nasza nigdy nie umiera, nawet jesli zapominamy ja pielegnowac kazdego dnia... poczeka bezpiecznie schowana az ja znow robudzimy... 

p.s. a Tatko dostal dzis taki maly prezencik ;o) 





Saturday, 24 December 2011

Mr Santa bring me some toys...

        W tym roku swieta spedzamy po raz pierwszy w Niemczech, w domu Tesciowki. Troche mi przykro bo bedzie prawie rodzinnie. Prawie, bo do pelni szczescia zabraknie moich rodzicow i sis z Talibka i mala Zizi. Pewnych rzeczy nie da sie jednak przeskoczyc, wiec cieszmy sie tym co mamy. Moze w nastepnym roku bedziemy juz wszyscy razem :o) bardzo bym chciala...  
       Tymczasem zycze wszystkim wesolych, a kto woli spokojnych Swiat, duzo fajowych prezenciorow, zacnego jadla... wszystkiego naj naj... rozgoncie smutki, zwolnijcie... nadszedl czas radowania :o) 



Friday, 23 December 2011

Od jesieni do zimy...

           Nigdy nie lubilam jesieni, a tego roku byla ona dla mnie szczegolnie smutna. Feralnym dniem okazal sie 12 pazdziernika, kiedy po raz pierwszy uslyszelismy diagnoze Obi. To juz trzecia w jego krotkim zyciu :o( Trzecia, ktora wstrzymala nam oddech... przyprawila o tak niebywaly stres, ze znow stalismy sie palaczami... Pobyt w szpitalu, tysiace badan, brak przyczyny i w tym wszystkim nasz maly bezbronny synek, ktoremu nie moglismy pomoc. Przez 4 dlugie tygodnie podawanie sterydow, wilczy apetyt, nieprzespane noce, tysiace godzin spedzone w necie w poszukiwaniu informacji... A maly Obi tylko siedzial w tej swojej malpce *1, apatyczny, marudny, placzliwy, opuchniety, wiecznie glodny, bez ochoty na jakakolwiek zabawe, otumaniony lekami z nieobecnym wzrokiem. Serce mi pekalo jak na niego patrzylam, ale przetrwalismy!!! 
              Kolejne tygodnie to wychodzenie ze sterydowych skutkow ubocznych. Maly stracil na wadze, odzyskal chec do zabawy ze zdwojona sila (zrobil sie z niego maly rozrabiaka) Nadrabia ponad 2 miesieczne opoznienie w rozwoju fizycznym. Przez ten caly okres jego system immunologiczny obnizony do zera, wiec siedzielismy w domu, zeby uniknac kontaktow z ewentualnymi czychajacymi chorobskami. I tak wlasnie minela nam jesien... kolejny powod, zeby jej nie lubic...
             Nim sie obejrzalam nadszedl grudzien. Wlasciwie o chorobie Obi moge mowic w czasie przeszlym, bo na dzien dzisiejszy jest zdrowy, chociaz zdaza sie, ze spazmy powracaja... oby nie!!! Grudzien to dla mnie powrot do pracy. Byly to intensywne 3 tygodnie, ale milo bylo wrocic, pogadac z ludzmi, posmiac sie, poczuc ta "busy" atmosfere. Niestety po 10 miesiecznej przerwie (macierzynski) stracilam swoja tak ciezko wypracowana pozycje. Wlasciwie nie ma sie czemu dziwic bo prawie rok to kawal czasu, a zycie i praca tocza sie dalej. Z jednej strony bylo mi przykro, z drugiej cieszylam sie, ze nie mam tego calego bajzlu na swojej glowie. 
                   Ostatni tydzien to juz tylko w domu. Pranie, wycieczki do pralni, zeby to wszystko wysuszyc. Bieganie na zakupach, pakowanie prezenciorow, kazdy drobiazg osobno, zeby bylo duzo paczek :o) hehehe Nie bylabym soba, gdybym nie zrobila malemu swiatecznej sesji w outfit'cie Mikolaja ;o) Nie powiem... latwo nie bylo bo Obi to maly indywidualista i wizjami mamuski nie za bardzo sie przejmowal. Dobieral sie do dekoracji, rozrywal papiery, sciagal "tlo"... no jednym slowem Destroyer   kompozycji :o/  Dalismy jednak rade i mamy cudne zdjecia swiateczne. Nie mam czasu juz ich wrzucac, wiec tylko jedno jak to maly Grinch chcial ukrasc swieta ;o)


*1 Malpka to takie dmuchane kolo, ktore pomaga dziecku w nauce siadania



Sunday, 30 October 2011

Happy Halloween!!!


My jesteśmy straszne zmory,
Bardzo groźne z nas upiory,
Jeśli nie chcesz się nas bać,
Musisz nam cukierka dać!

Diabły, duchy i upiory,
Wiedźmy, zombie inne zmory,
Dzisiaj z grobów wstają 
I do twoich drzwi pukają.
Jeśli nie chcesz się nas bać,
Musisz nam cukierka dać!



Wednesday, 21 September 2011

Opowiesc o Malym Chlopcu...

      Niedzielny poranek... zadzwonil telefon... wstrzymuje oddech...  Jezu co ty mowisz! Ale dlaczego?!? Co sie stalo?!? Nie potrafie znalezc wlasciwych slow, lzy naplywaja do oczu, czuje niemal fizyczny bol, nie moge tego ogarnac... nie moge uwierzyc...
       To nie byl dobry dzien, nie mogl byc, nie po tym co uslyszalam... Probuje sie czyms zajac, ale mysli wciaz uciekaja w to samo miejsce...
        Maly Chlopiec nigdy nie poczuje dotyku Mamy, pocalunku, nie uslyszy jej szeptu, nie poczuje silnych ramion Taty kolyszacych do snu...  nie zobaczy slonca ani deszczu, cieply powiew nie musnie malej buzi. Maly Chlopiec nie bedzie sie usmiechal, ani plakal, nie bedzie wyciagal malych raczek proszac by go przytulic... Maly Chlopiec slyszal bicie serca swojej Mamy, slyszal je do chwili gdy jego male serduszko przestalo bic.. To byl 8my miesiac ciazy...
      To jest tez opowiesc o Matce, ktora dlugo czekala na Malego Chlopca... 
Matka jedzie do szpitala, z bolami, przekonana, ze to juz sie zaczelo. Polozna sprawdza akcje serca dziecka... Cisza... Matka czeka 20h az zacznie sie sztucznie wywolany porod, doswiadcza skurczy, przechodzi przez trud porodu, wiedzac, ze rodzi martwe dziecko... podana morfina usmierza bol...
      Maly Chlopiec nie wydal z siebie pierwszego krzyku, nie zaplakal... Matka przytula spiace malenstwo. To jest czas dla Rodzicow... kilka godzin spedzonych razem... czas na pozegnanie... 
Polozna odciska male raczki i stopki, odcina kosmyk wlosow, pomaga ubrac malenstwo, kilka fotografii... Maly Chlopiec nie zostanie zapomniany, pamiec o nim bedzie zawsze w sercu Matki...
Teraz trzeba wrocic do domu, w ktorym wszystko przygotowane na przybycie Malego Chlopca...

       Jak zyc dalej? Jak znalezc w sobie sile by co dzien rano wstac z lozka? Jak sie pozbierac po czyms takim? Nie potrafie znalezc odpowiedzi, szczegolnie teraz gdy sama jestem Matka. Pol roku temu, kiedy urodzilam malego Obi i zobaczylam lzy w oczach Taty, pomyslalam, ze teraz bedziemy najszczesliwsza rozdzina na swiecie. Nastepnego dnia zdiagnozowali malego, a moj swiat sie zawalil. Poczulam, ze ktos tam do gory zniszczyl moje marzenia, ze zostalam oszukana. Czulam, ze to za kare, ze zrobilam cos tak zlego ze zasluzylam tylko na TAKIE dziecko. Przez jedna krotka chwile przebieglo mi przez mysl, ze moze lepiej bybylo gdyby on umarl, bo bede sie go wstydzic, bo sobie z tym nie poradze. Jak podlym czlowiekiem trzeba byc, zeby pomyslec cos takiego! 
     Wtedy czulam, ze przezywam tragedie, czym jednak byly moje odczucia w porownaniu do tragedii i rozpaczy Matki bez Malego Chlopca. Dzis wiem, ze to wszystko nie ma juz znaczenia, ze kocham mojego Malego Chlopca takiego jakim jest, ze nie oddalabym go za zadne skarby swiata. Dzis wiem, ze mialam szczescie bo moglam zabrac mojego Obi do domu i moge cieszyc sie kazda chwila razem spedzona. Tule go bardzo mocno,  czasem lzy naplywaja do oczu, moze mi kiedys wybaczy, ze tak pomyslalam, ze go przez jedna chwile nie chcialam, moze nawet Bog mi kiedys wybaczy, bo ja sobie samej nie porafie...