Byl czwartek. Obudzilam sie o 5:00 rano z bolem jak przy okresie. Tatko zaraz po mnie, szykowal sie do pracy... Chyba sie zaczelo...mowie... pewnie wieczorem pojedziemy do szpitala...
No cos ty, mamy przeciez jeszcze 3 tygodnie... odrzekl zdziwiony i ze stoickim spokojem wyszedl. Pomyslalam, ze skoro dzis ma byc ten wielki dzien to sie spac poloze, poki jeszcze tak nie boli i nabiore sil na wieczor ;o)
Kolejna pobudka o 12:00, Tatko neka mnie telefonami, chyba jednak uwierzyl ;o) Lekkie skurcze co 10-15min, krotkie i wlasciwie bezbolesne. Zmierzylam obwod brzuszka, chyba tak ku pamieci i porownania z kolejnym. Maly byl jak na 37 tydzien, 104cm w pasie. W czasie ciazy martwilam sie, ze mam za malo wod, ale polozne mowily ze bedzie maly bobas i wszystko jest ok.
Przetrwalam tak do 15:00, az Tatko wrocil z pracy. Humory nam dopisuja i wlasciwie cala sytuacja jest jakas taka komiczna. No bo czy to juz? A skad mam wiedziec? W niedziele pielegniarka powiedziala, ze to juz bardzo niedlugo... Od kilku dni brzuch napinal sie na pare sekund z jednej strony, jakby ktos powietrze odkurzaczem wysysal i dokladnie widzialam jak polozone jest malenstwo.
Zadzwon do Pipi... radzi Tatko... no to dzwonie, opisuje objawy... NO RACZEJ!!!Dzwon do szpitala. W Anglii trzeba sie najpierw zaanonsowac, zanim sie przyjedzie, a jedzie sie juz prawie na koncowke. Dzwonie, odpowiadam na pytania: Czy jest Pani w stanie rozmawiac z mezem? Tak. To jak juz Pani nie bedzie w stanie to prosze jeszcze zadzwonic zanim Pani bedzie chciala przyjechac... No ok mysle, najwazniejsze ze basen do rodzenia sobie zamowilam!!!! ;o)
Zadzwon do Pipi... radzi Tatko... no to dzwonie, opisuje objawy... NO RACZEJ!!!Dzwon do szpitala. W Anglii trzeba sie najpierw zaanonsowac, zanim sie przyjedzie, a jedzie sie juz prawie na koncowke. Dzwonie, odpowiadam na pytania: Czy jest Pani w stanie rozmawiac z mezem? Tak. To jak juz Pani nie bedzie w stanie to prosze jeszcze zadzwonic zanim Pani bedzie chciala przyjechac... No ok mysle, najwazniejsze ze basen do rodzenia sobie zamowilam!!!! ;o)
Gadam z sis przez gg, opisuje cala akcje, robiac krotkie przerwy... Poczekaj, poczekaj bo skurcz mnie chwycil............. OK juz przeszlo... gadamy dalej... Zrobila sie 17:00, skurcze coraz czestrze i zaczyna juz lupac w krzyzu :o/ Przypominaja mi sie techniki lagodzenia bolu ze szkoly rodzenia. Masuj!!! Nie tam!!! Nizej!!! Mocniej!!! zaczyna sie robic nieprzyjemnie w czasie skurczy, kucam przy sofie, chodze po mieszkaniu, biore prysznic. Przestan sie tak na mnie gapic!!!! krzycze ze zlosci... JEDZIEMY!!!! wyrokuje Tatko... Nie jestes juz w stanie ze mna rozmawiac!!! Nagle poczulam straszne dreszcze, trzese sie z zimna jak osika, pot na czole, szczekanie zebami. Wystraszona, ze cos zlego dzieje sie z moim malenstwej o 19:30 dzwonie do szpitala, ze juz jade! Babka zadaje kolejne pytania... nawet jej nie slucham... Bede za 20min! rozlaczam sie...
Jak przez mgle widze Tatke prowadzacego z wielka rozwaga, powoli, ostroznie, a w glowie tylko jedno... Nosz qurna JEDZ CZLOWIEKU!!! W aucie dopadaja mnie dwa potezne skurcze, wije sie w fotelu, chwila przerwy, przerazony wzrok Tatki. Jestesmy o 20:00, sala z basenem juz czeka, przebieram sie, znow te dreszcze. Na zmiane mi zimno to znow goraco. Badaja mnie... 3cm rozwarcia... Wydaje z siebie jek zawodu... JUST 3 ?!?!?! w glowie pelno mysli *bede sie tak wila do rana* *no i dlaczego nie napelniaja tego cholernego basenu?* Polozna podlacza ktg. Slychac male serduszko :o) Szukam wygodnej pozycji, jedyne co pomaga to uwieszanie sie na ramieniu spanikowanego Tatki. Pozniej przesiadam sie na fotel, skurcze wykrecaja mi cialo, podobno jak przy egzorcyzmach (relacja Tatki) Dwie polozne siedza przy mnie i obserwuja z blogim spokojem... co chwile slysze: You're doing so well. Zamykam oczy, wylaczam sie, zeby przetrwac ta bolesna minute, zaczynam mruczec jakas mantre (zawsze tak mam gdy doswiadczam bolu) glosniej i glosniej! Podaj jej gaz!!! krzyknela jedna z poloznych. *Boze! gaz! czemu dopiero teraz?!?!?!* lapczywie sie zaciagam, glebokie wdechy, raz... drugi, mam oddychac wolniej... *Nosz qurna, ten gaz na mnie nie dziala* Jest jednak jedna zaleta. Zaczynam oddychac jak Vader, ale dzieki temu moge kontrolowac swoj oddech.
Basen wreszcie napelniony, marze by zanurzyc sie w cieplej wodzie, z nadzieja ze to zlagodzi bol. Nic z tego... maszyna do ktg odmawia wspolpracy... polozna zapodaje jej pare kopniakow. Nie wiadomo czy to sprzet czy tetno dziecka faktycznie zanika. W tych okolicznosciach nie ma mowy o basenie! SHIT!!! Wolaja starsza polozna, ktora probuje zbadac tetno na glowce dziecka... 7cm rozwarcia... przebijaja mi wody. Czy chcesz przec? pyta polozna Nie, nic nie czuje! lekka panika... Przy nastepnym skurczu sprobuj przec. No to pre z calych sil, nie czuje, ze cos sie przeciska, wlasciwie to wciaz ten sam rodzaj bolu. Zamykam oczy, kontrolouje oddech, slysze Tatke: Oddychaj wolniej... nie sciskaj tak mocno!!! (uwiesilam sie na jego szyi)
Otwieram oczy, wokol mnie nachylaja sie glowy, w sumie 7 osob, rozgladam sie dookola. Z bokow lozka przystawili lampy, wjechal jakis stol rozkladany jak transformers! *Jezu co sie dzieje?!?!* Miedzy nogami pojawia sie doktor Lee: Martwimy sie o dziecko, uzyjemy "ventouse" No i uzyl, a ja w tym momencie wyrwalam tube Vadera i wydalam z siebie KRZYK!!! masakryczny krzyk! Doktor Lee ucisza: Marnujesz energie, przyj! potem Tatko obserwujac z pozycji bocznej: Lichu widac juz glowke, ma pelno wlosow! :o) *Co, jak to?* mysle *przeciez nie czulam, zeby cos sie przeciskalo!* Pant!Pant! pokrzykuje Dr Lee. Kaza przec ostatni raz, mam zamkniete oczy, podnosza mi koszule do gory... i poczulam cieplo...
Mala ciepla kluska lezy przytulona do mnie, patrzymy na siebie, ma otwarte oczka, lekko wykrzywia usta jakby w usmiechu... Patrze na Tatke, ma male lezki w kacikach oczu: Nie moge uwierzyc! mamy dziecko! wykrzykuje Tatko, smiejemy sie przez lzy, tak dlugo na niego czekalismy... oto narodzilo sie nowe zycie!
Dlugo przygladam sie tej malutkiej slodkiej buzce, jest cos co mnie zaniepokoilo, ale Tatko powiedzial: Co ty mowisz, on jest sliczny i taki malutki. Przeciez by nam sie to nie przytrafilo! Odganiam wiec zle mysli...
Niesamowite jak organizm, sie szybko regeneruje. Wskakuje wreszcie do tego basenu, rzeska, zadowolona, jakbym przez chwila nie wykonala tytaniej pracy... cud narodzin...
Tak bylo 24 marca rok temu. Dokladnie o 21:38 przyszedl na swiat malutki Obi. Wazyl zaledwie 2610g i mial 42cm. Usmiechal sie do nas od pierwszych chwil, jakby chcial powiedziec: Zobacz jaki jestem fajny, zabierz mnie do domu, jestem twoj!
A to moj usmiechniety 2 dniowy Obi :o)
A to moj usmiechniety 2 dniowy Obi :o)







